Lata 90. były burzliwym okresem dla największych metalowych zespołów lat 80. Grunge, alt-rock i nu metal kompletnie przestawiły rockowy krajobraz. Część weteranów — z Metalliką na czele — postanowiła dopasować się do nowych czasów, zmieniając brzmienie i wizerunek. Inni zrobili dokładnie odwrotnie: podkręcili ciężar i dzięki temu utrzymali klasyczny metal przy życiu przez całą dekadę.
Mimo gwałtownych zmian na scenie rockowej na początku lat 90. popularność Metalliki pozostawała ogromna. Według bestsellingalbums.org „Black Album” był piątym najlepiej sprzedającym się albumem całej dekady, z łącznym wynikiem około 33 milionów egzemplarzy.
W 1996 roku Metallica została zaproszona na Lollapaloozę — najważniejszy wówczas festiwal alt-rockowy w Ameryce Północnej. Termin idealnie zbiegł się z premierą „Load”. Razem z płytą przyszła zmiana wizerunku, fryzur i — co ważniejsze — brzmienia: mniej thrashu, więcej średnich temp i wpływów spoza metalu, czego najlepszym przykładem jest country’owe „Mama Said”. Do tego dochodził artystyczny, wręcz pretensjonalny teledysk do „Until It Sleeps”. Dla wielu fanów Mety to był szok.
James Hetfield tak tłumaczył te decyzje w rozmowie z Guitar World:
Chcieliśmy uzyskać luźniejsze brzmienie na tej płycie i najlepszym miejscem, by to zrobić, były gitary. Na początku było to trochę stresujące. Czułem, że w Metallice dzieje się naraz zbyt wiele nowych rzeczy. I to chyba było najdziwniejsze ze wszystkiego — poza naszymi głupimi fryzurami
Metallica nie była jednak wyjątkiem. W tym samym czasie wizerunek i styl zmieniały m.in. Mötley Crüe (album „Mötley Crüe”), Def Leppard („Slang”), Kiss („Carnival of Souls”), Van Halen („Van Halen III”) czy nawet Megadeth („Risk”). Nie można powiedzieć, że to była ślepa uliczka, ale nie do końca tez była to kontynuacja dumnego nurtu metalu lat 80.
Choć metal w USA przeżywał wówczas poważny kryzys — wystarczy wspomnieć, że MTV skasowało Headbangers Ball w 1995 roku — część zespołów pozostała wierna swoim korzeniom. Weterani tacy jak AC/DC („Ballbreaker”) czy Motörhead („Bastards”) nie ulegli modom, podobnie jak Death, którzy poszli wręcz w stronę większej ekstremy i techniki na „The Sound of Perseverance” (1998), ostatnim albumie z Chuckiem Schuldinerem. Były też zespoły młodsze, które nie odwróciły się od metalu. Sepultura eksperymentowała z brazylijskimi rytmami i instrumentami, tworząc unikalne, ciężkie brzmienie na „Chaos AD” (1993) i „Roots” (1996).
Max Cavalera wspominał tamten okres w wywiadzie dla Metal Hammer w 2020 roku:
Przetrwaliśmy najgorsze. Przetrwaliśmy disco, przetrwaliśmy grunge — a to były najbardziej niebezpieczne czasy dla metalu. Grunge był najgorszy, akurat w okolicach Chaos AD. Ludzie chcieli słuchać tylko grunge’u, metal przestał być cool. Skoro przetrwaliśmy to, przetrwamy wszystko. Jesteśmy twardzi. Trudno nas zabić
Machine Head również zasługują na uznanie — „Burn My Eyes” (1994) i The „More Things Change…” (1997) to bezdyskusyjnie jedne z najcięższych płyt lat 90., nawet jeśli zespół później zaliczył rap-metalowy potknięcie na „The Burning Red”.
Robb Flynn opisywał realia tamtej sceny w rozmowie z Kerrang!:
Scena wtedy była martwa. Graliśmy w małych, obskurnych punkowych klubach razem z zespołami typu Rancid, żeby w ogóle dostać koncert. Punkowcy nas tolerowali — widzieli bandę długowłosych gości i uznawali, że lepiej dać nam spokój. A zabawne było to, że po koncertach słuchaliśmy The Cure i George’a Michaela
Jeśli jednak ktoś zasługuje na miano największego obrońcy metalu lat 90., to bez wątpienia Pantera. Gdy inne zespoły obcinały włosy i tłumaczyły się, że „to już nie metal”, Pantera z każdą kolejną płytą grała coraz ciężej. „Cowboys from Hell”, „Vulgar Display of Power”, „Far Beyond Driven” i „The Great Southern Trendkill” to dziś absolutne klasyki gatunku. Co więcej, Pantera była jednym z niewielu metalowych zespołów w USA, które od 1994 roku regularnie headlinowały trasy po halach. I co istotne — konsekwentnie zabierały w trasę inne metalowe kapele: Type O Negative, Biohazard, Crowbar, Eyehategod czy Neurosis.
W czasach, gdy metal wydawał się przegraną sprawą, to właśnie takie zespoły trzymały fason i dzięki nim timeline gatunku nie uległ przerwaniu.










