Temat Rock & Roll Hall of Fame wraca jak bumerang – i za każdym razem wywołuje te same emocje w środowisku metalowym. Przynajmniej za oceanem. Tym razem oliwy do ognia dolał Gary Holt, który w swoim stylu nie gryzł się w język i wprost powiedział, co myśli o podejściu instytucji do ciężkiego grania.
W rozmowie w podcaście The Mistress Carrie Podcast, Gary Holt zapytany o znaczenie potencjalnego wprowadzenia Iron Maiden do Hall of Fame (i czy mogłoby to przynieść metalowi należny szacunek), odpowiedział bez ogródek, nie zostawiając na Rock Hall suchej nitki:
Osobiście mam to gdzieś, bo Rock And Roll Hall Of Fame jest cholernie żałosne. Oczywiste zespoły się dostają, a jeśli miałeś, powiedzmy, trzy hity Motown, to praktycznie masz gwarancję wejścia. Iron Maiden wciąż wyprzedaje stadiony i nie ma ich w środku
Tu oczywiście pada kluczowa nazwa: Iron Maiden – jeden z największych zespołów heavy w historii, który przez lata był pomijany przez Hall of Fame, mimo globalnej skali sukcesu.
Holt zwraca uwagę na to, co według niego jest największym problemem – brak spójnych kryteriów:
Thin Lizzy mieli hity. Byli pionierami dwugitarowych harmonii, mieli legendarne albumy. Sprzedali masę płyt. Prawdopodobnie nigdy się tam nie dostaną. Ale Missy Elliott jest w środku. N.W.A. też są, a pisali wulgarne, antypolicyjne teksty. I mieli, co? Dwie płyty? Jak oni się tam dostali?!
Gitarzysta idzie jeszcze dalej, wskazując kolejne przykłady pominiętych legend:
Judas Priest dostali się tylnymi drzwiami. Motörhead powinni tam być. To konkurs popularności. Musieli z niechęcią wpuścić KISS, którzy powinni byli być przyjęci za pierwszym razem
Problem, o którym mówi Holt, nie jest nowy. Black Sabbath trafili do Hall of Fame dopiero w 2006 roku, a Metallica trzy lata później – mimo że obie kapele spełniały kryteria znacznie wcześniej. Z kolei Slayer, współtworzony przez Holta na koncertach w ostatnich latach, nawet nie pojawił się na liście nominowanych przez ponad 40 lat działalności.
Według Gary’ego są to systemowe uprzedzenia wobec gatunku, który mimo gigantycznej bazy fanów i wpływu na kulturę, wciąż traktowany jest jak „gorszy sort” rocka.


