Wielogodzinne ćwiczenie w domowym zaciszu potrafi znakomicie poprawić technikę, szybkość i precyzję, ale – zdaniem Marty’ego Friedmana – to zdecydowanie za mało, by odnaleźć własny muzyczny głos. Były gitarzysta Megadeth przekonuje, że prawdziwa tożsamość artysty rodzi się dopiero w konfrontacji z innymi muzykami, gdy przestajesz grać „dla siebie”, a zaczynasz pełnić konkretną rolę w zespole.
W rozmowie z brytyjskim gitarzystą i youtuberem Bradleyem Hallem, Marty Friedman wprost stwierdza, że samotne ćwiczenie ma swoje wyraźne ograniczenia i żadna liczba godzin spędzonych sam na sam z instrumentem nie zastąpi sytuacji, w której musisz odnaleźć się w muzycznym układzie sił.(spisane przez guitar.com).
„Wypracowanie własnego języka wymaga ogromnie dużo pracy. Granie w zespole to najszybszy sposób, żeby znaleźć swoje brzmienie – znacznie szybszy niż ćwiczenie w domu. Nie sądzę, żeby było cokolwiek, co naprawdę możesz ćwiczyć w domu i co da ci tożsamość tak bardzo, jak granie w zespole. Bo wtedy jesteś zmuszony myśleć: 'To jest twoja partia’. Jesteś tym ogniwem. Jesteś wtedy Georgem Harrisonem albo Paulem McCartneyem
Friedman zwraca też uwagę na coś, co często umyka młodym gitarzystom: w zespole nie chodzi o popisy, lecz o odpowiedzialność za całość utworu. Dopiero w takim kontekście pojawia się konieczność podejmowania decyzji, rezygnowania z nadmiaru dźwięków i budowania własnego charakteru gry. To właśnie presja „tu i teraz” – obecność perkusji, basu i drugiej gitary – wymusza kreatywność, której nie da się wyćwiczyć w izolacji.
Muzyk wraca też do samych początków swojej drogi i do impulsów, które sprawiły, że w ogóle sięgnął po gitarę.
Myślę, że na początku grania są rzeczy, które wpływają na ciebie na tyle mocno, że chcesz wziąć gitarę do ręki. To prawdopodobnie nigdy cię nie opuszcza. Jak wiesz, sięgnięcie po gitarę i granie na niej przez całe życie to dość poważna sprawa – musiało wydarzyć się coś naprawdę dużego, żebyś zrobił coś tak szalonego. W moim przypadku był to punk rock i Kiss
Te wczesne fascynacje wciąż mają wpływ na jego styl, także dziś. Friedman przyznaje, że naturalnie ciągnie go do prostszych, surowych rozwiązań rytmicznych, co jednocześnie tłumaczy jego dystans do niektórych współczesnych technik.
Ciągnie mnie do takich rzeczy, kiedy gram rzeczy rytmiczne. Stąd też nie mam wszystkich nowoczesnych rytmicznych zagrywek. Oczywiście potrafię je zagrać, gdy trzeba, ale nie są dla mnie tak naturalne jak dla gości, którzy dorastali w latach 2000. i to właśnie sprawiło, że zaczęli grać
Historia rocka i metalu pełna jest gitarzystów o „niedoskonałej” technice, którzy jednak dzięki zespołowemu kontekstowi wypracowali natychmiast rozpoznawalny styl. Friedman przypomina więc coś, co w epoce tutoriali i metronomu łatwo przeoczyć: własne brzmienie rzadko rodzi się w samotności.


