W świecie rocka łatwo o mity – zwłaszcza gdy w grę wchodzą dwie tak wielkie postacie jak Ritchie Blackmore i Jimmy Page. Przez lata krążyły opinie, że między nimi iskrzyło. I być może coś było na rzeczy, ale teraz, pod koniec swojej kariery, Blackmore wypowiada się o swoim koledze w samych superlatywach
W ostatnim livestreamie Ritchie wrócił do tematu relacji z legendą Led Zeppelin i powiedział tak:
Jimmy Page – bardzo dobry przyjaciel. Nie wierzcie w to, co mówią. Czytałem ostatnio, że go nienawidziłem. Nie mogę uwierzyć, że coś takiego napisali
Co ciekawe, ich historia sięga jeszcze czasów sprzed wielkiej kariery. Obaj obracali się w tych samych kręgach brytyjskiej sceny lat 60.:
Pierwszy raz spotkałem go w 1963 albo 1962 roku. On grał w Neil Christian and the Crusaders, ja w Lord Sutch and the Savages
Już wtedy Blackmore widział w Page’u coś wyjątkowego:
Wiedziałem, że daleko zajdzie, bo miał nie tylko styl, ale i umiejętności. I po prostu dobrze wyglądał z gitarą w rękach. To była rodząca się gwiazda. I do tego był dobrym biznesmenem
Najciekawszy moment? Spotkanie po latach, już na szczycie kariery – w legendarnym Rainbow Bar & Grill:
Ostatni raz rozmawialiśmy chyba właśnie tam. I zapytał mnie: ‘Skąd wziąłeś te wszystkie swoje zagrywki?’ Pomyślałem, że to dziwne pytanie… dla mnie to po prostu improwizowane wariacje. Ale to był spory komplement z jego strony
Mało kto wie, że obaj gitarzyści mieli jeszcze jeden wspólny mianownik – dorastali praktycznie obok siebie:
Jim dorastał w tym samym miasteczku co ja, w tej samej wiosce – Heston w Middlesex. Chodziłem tam do szkoły, a nawet nie wiedziałem, że on tam jest. Mieliśmy po 15–16 lat
I podsumowanie, które właściwie zamyka temat wszelkich plotek:
Magiczny gość. Świetny człowiek. I taki już pozostanie
Cała ta historia dobrze pokazuje jedno – w erze przedinternetowej nawet luźna uwaga mogła urosnąć do rangi „konfliktu dekady”. A prawda? Dwóch gigantów gitary, którzy zamiast rywalizacji mieli wobec siebie zwyczajny, szczery szacunek.


