W czasach, gdy ciężkie brzmienie oraz humbuckery dominowały w rocku przełomu lat 80. i 90., Mike McCready z Pearl Jam poszedł pod prąd i sięgnął po Stratocastera. Dzisiaj tłumaczy, że nie była to żadna kalkulacja, tylko naturalna droga muzyczna.
Mike McCready w ostatnich latach nawiązał współpracę z wydawcą Z2 Comics, aby wydać ilustrowaną (własnymi grafikami) powieść oraz… rock operę zatytułowaną „Mike McCready’s Farewell to Seasons”.
Jak czytamy w opisie, projekt rozwijany przez ostatnie 20 lat opowiada historię, która oddaje determinację i poczucie wspólnoty, będące fundamentem sceny muzycznej Seattle lat 80. – świata, który został na zawsze zmieniony wraz z eksplozją grunge’u w latach 90. „Farewell to Seasons” bez upiększeń pokazuje brutalną cenę, jaką za ten sukces zapłaciło wielu artystów i muzyków, jednocześnie oddając autentyczne doświadczenia tamtej przełomowej epoki. To opowieść o chwale i złamanych sercach, która stawia pytanie bez jednoznacznej odpowiedzi… czy było warto?
W związku z tym wydawnictwem, w wywiadzie udzielonym serwisowi Ultimate Guitar, Mike McCready wrócił do swoich początków:
Na początku grałem na humbuckerach. Miałem Matao Les Paula – japońską wersję – i Ibaneza Icemana. Zawsze szedłem w tę stronę
Zmiana przyszła wraz z inspiracjami:
Zawsze uwielbiałem Jimiego Hendrixa i Steviego Ray Vaughana. Kiedy odszedłem trochę od metalu w stronę bluesa, totalnie wkręciłem się w Strata. Miałem też wtedy Telecastera
Decyzja o wyborze konkretnego instrumentu była więc bardziej sercem niż strategią – choć finalnie wpłynęła na charakterystyczne brzmienie Pearl Jam:
Pierwszego Strata dostałem od Jeffa i Stone’a – pewnie słyszeli, jak cały czas o nim gadam. To była czarna japońska reedycja z ’62. Chciałem ją, bo kocham to brzmienie i to, jak się na niej gra. Była lekka. Stone grał na Les Paulu i uwielbiam to połączenie: Les Paul i Strat albo Telecaster – jak u Aerosmith czy Stonesów
I dodaje:
Wszystkie zespoły, które kochałem, łączyły te brzmienia. To było trochę przemyślane, ale też po prostu tego chciałem. Powiedziałem: ‘Chcę Strata’. Kupili mi go… a ja go rozwaliłem. Trochę na nim pograłem i tyle
To właśnie ten miks – Strat po jednej stronie i Gibson po drugiej (u Stone’a Gossarda) – stał się jednym z elementów definiujących brzmienie albumu „Ten” z 1991 roku.
Historia McCready’ego to dobry reminder: czasem najważniejsze decyzje brzmieniowe nie wynikają z trendów, tylko z inspiracji. A pójście „w bluesa zamiast w metal” może finalnie zdefiniować brzmienie całej epoki.


