Gitarowe pojedynki mają fascynującą i bogatą historię – sięgają epoki jazzu, kiedy to muzyczne starcia świętem kreatywności i improwizacji. Ale najważniejsze jest to, że gitarowy pojedynek także jest czymś więcej niż technicznym popisem – owszem, chodzi o pokazanie swoich umiejętności, ale jest to także moment silnej interakcji, wymiany emocji i wzajemnego szacunku między muzykami, ponad wszystkimi podziałami.
Wszyscy, którzy interesują się muzyką rozrywkową, a tym bardziej improwizowaną wiedzą, że w późnych latach 40 i 50.w nowojorskich klubach, takich jak Minton’s Playhouse czy Birdland, odbywały się słynne cutting contests – wirtuozerskie popisy w grze na saksofonie czy instrumencie klawiszowym. Charlie Parker i Dizzy Gillespie wielokrotnie rywalizowali w solowych dialogach, napędzając bebop i rozwijając improwizację jazzową. Później dołączył do nich Miles Davis, a jam sessions były burzliwe i trwały do samego rana. Publiczność pełniła rolę sędziego, a każdy taki pojedynek był nie tylko rozrywką, ale stał się też ważną częścią rozwoju muzyki.
Znacznie wcześniej, na południu Stanów Zjednoczonych, bluesowi gitarzyści mierzyli się w mniej formalnych, ale równie intensywnych pojedynkach – często „na skrzyżowaniach dróg” (cressroads). Pomysł, że Robert Johnson „sprzedał duszę diabłu”, by grać lepiej niż inni, wpłynął na kulturę bluesa i całą gitarową mitologię.
Nowy Orlean był natomiast jednym z najważniejszych miejsc, gdzie tradycją były „battle of the bands”, czyli swoiste pojedynki zespołów i instrumentalistów. Najczęściej dochodziło do nich podczas parad ulicznych, czy w salach tanecznych. Buddy Bolden, King Oliver czy Louis Armstrong zasłynęli w Nowym Orleanie jako ci, którzy potrafili „przebić” innych graczy techniką i charyzmą. Armstrong we wspomnieniach mówił wręcz, że takie pojedynki były szkołą życia – uczyły nie tylko sprawności na instrumencie, ale też scenicznej pewności siebie i kontaktu z publicznością.
Później tradycja „battle of the bands” przeniosła się do Harlemu (Savoy Ballroom w latach 30. i 40.), gdzie Benny Goodman, Count Basie czy Chick Webb mierzyli się przed tysiącami słuchaczy. Ale korzenie tego zwyczaju – rywalizacji jako zabawy i widowiska – tkwią właśnie w Nowym Orleanie.
W kolejnych dekadach rock przejął tę ideę i na sceny wkroczyła gitara elektryczna. Nieformalnie, ale z wielkim rozmachem, muzycy jak Eric Clapton i Duane Allman spotykali się, żeby swoiście rywalizować – czy może bardziej inspirować się wzajemnie. Ich słynne studyjne jam session były kulminacją tych spotkań, co słychać m.in. w tym nagraniu:
Koncerty Led Zeppelin czy Deep Purple także pełne były improwizowanych „bitew” Jimmy’ego Page’a, czy Ritchiego Blackmore’a. Nie chodziło tylko o technikę – równie ważna była ekspresja, zdolność improwizacji i zdolność zaskoczenia publiczności. Pojedynek, czy po prostu dialog gitary z innym instrumentem stał się jednym z najbardziej widowiskowych momentów ich koncertów.
Ten sam duch przeniknął do świata popkultury za sprawą filmu Crossroads z 1986 roku. Choć sfilmowany pojedynek gitarowy Steve’a Vaia i Ralpha Macchio jest w dużej mierze fikcją, to dzięki swej scenografii, dramaturgii i symbolice stał się wizualnym odzwierciedleniem mitów o zawodach gitarowych. Nawet jeśli nie był kręcony w autentycznych warunkach południowego bluesa, oddaje esencję emocjonalnego starcia, nawiązując w gruncie rzeczy właśnie do legendy Roberta Johnsona.
W XXI wieku pojedynki gitarowe znów wróciły na scenę – ale w zupełnie innej formie. Projekt Generation Axe czy legendarna trasa G3 to bardziej celebracja muzycznej różnorodności niż próba dominacji, bo trudno przecież by przy obecnym poziomie biegłości technicznej najlepszych gitarzystów, jeden zdominował drugiego. Steve Vai mówi o takich momentach jako o okazji do odsłonięcia własnej, unikalnej tożsamości:
“Z takimi muzykami jak Yngwie nie da się rywalizować. Jeśli masz odrobinę rozumu, to rywalizujesz z najlepszą wersją siebie. Muszę być bardziej Stevem Vaiem – tym dziwnym, ekscentrycznym gościem
Takie wypowiedzi, przepełnione humorem i pokorą, dobrze oddają współczesne rozumienie gitarowego pojedynku: dialog, nie konflikt; dźwięk, nie konkurencja; artystyczne wyzwanie, a nie starcie ego.












