Są gitarzyści, którzy nie wykazują jakichś większych technicznych umiejętności, ale ich gra wyraża więcej niż wiecznie galopujący wirtuozi gitary. Jednym z nim bez bezwzględnie jest Tom Waits, którego podejście do instrumentu od lat inspiruje muzyków, chcących wyrwać się z pułapki techniki, skal czy perfekcyjnych zagrywek.
Tom Waits od lat pozostaje jedną z najbardziej oryginalnych postaci w muzyce amerykańskiej, a jego eksperymentalne podejście do brzmienia wpłynęło na całe pokolenia twórców alternatywnych. Współpracował z gitarzystami, którzy — podobnie jak on — traktowali instrument jako narzędzie ekspresji, m.in. z Keithem Richardsem.
Choć Waitsa nie kojarzy się z gitarą, tylko z charyzmatycznym głosem, to jednak w jego dyskografii pojawia się ona częściej, niż mogłoby się wydawać, a sposób jej użycia to już osobny, unikalny język artystyczny. Waits traktuje instrument jak element opowieści, a nie narzędzie do imponowania umiejętnościami. Uściślijmy – nie chodzi o brak precyzji w grze, lecz o świadome budowanie świata dźwiękowego.
Jak napisano w ciekawym artykule serwisu Ultimate Guitar:
Waits traktuje gitarę mniej jako wehikuł wirtuozerii, a bardziej jako charakterystycznego aktora – jeden z elementów większej obsady, zaprojektowanej do popychania historii do przodu
Jego styl bywa brany za „brudny” lub „niedbały” i to nie przypadek, bo Waits rzadko myśli o gitarze jako o dyscyplinie technicznej. Zależy mu na kolorze brzmienia, na budowaniu nastroju, a nie na dokładnym wykonaniu skal, czy pasaży. Stąd jego charakterystyczne partie – nieco rozstrojone, ostre, perkusyjne – jak w „Clap Hands” czy „Goin’ Out West”. To nie efekty przypadkowych take’ów, ale decyzje wynikające z dramaturgii utworu:
Kiedy gitara brzmi jak pijana, napięta, krucha albo ledwo trzymająca się w całości, to nie dlatego, że nagranie nie było nastrojone czy przećwiczone — to dlatego, że świat piosenki tego wymaga
Takie podejście sytuuje go blisko artystów wykorzystujących niestabilność jako środek ekspresji — Jacka White’a, wspomnianego Keitha Richardsa czy R.L. Burnside’a.
Waits idzie jednak o krok dalej: nie gra roli gitarzysty, lecz reżysera sceny. Zawsze zaczyna od stworzenia wyobrażonego świata, a dopiero potem zastanawia się, jaka gitara powinna się w nim odnaleźć. Dlatego partie grane przez jego gitarzystów (najbardziej znanym jest Marc Ribot) bywają fenomenalne w sensie unikalności brzmienia, modulacji, czy frazy. Gdy tylko zaakceptuje się tę perspektywę, ich pozorna niedoskonałość przestaje być błędem, a staje się jednym z najcenniejszych narzędzi malujących muzyczne obrazy.
Dla nas, gitarzystów, może być to lekcja myślenia o instrumencie w kategoriach filmowych:
Pomyśl jak filmowiec, nie jak gitarzysta. Gitara nie jest celem — celem jest świat, który tworzysz









