Kerry King – legenda thrash metalu, współzałożyciel Slayera i jeden z najbardziej rozpoznawalnych gitarzystów gatunku – w najnowszym wywiadzie dla Reigning Phoenix Music podzielił się szczerą opinią na temat kondycji współczesnej sceny metalowej. I nie zabrzmiało to optymistycznie.
Kerry King stwierdził, że mimo ogromnych możliwości, jakie daje dzisiejszy świat – dostęp do sprzętu, internetu, wiedzy i inspiracji – metal nie doczekał się nowych zespołów, które mogłyby wstrząsnąć gatunkiem tak, jak czyniły to pionierskie formacje lat 80. a także skandynawska fala oraz nu-metal lat 90.
We wspomnianym wywiadzie King powiedział:
Nie znam za barzo nowych zespołów. Myślałem, że pandemia coś ruszy, że ludzie, skoro nie mieli co robić, to może chociaż nauczą się grać. Ale po pandemii nadal nie widzę napływu nowych kapel. Ostatnia mocna fala thrashowych zespołów, według mnie, to czasy, kiedy rozgrzała się scena skandynawska – jak In Flames. To było 25 lat temu
Choć Kerry King krytycznie ocenia brak nowych twarzy, to jednocześnie nie uważa metalu za gatunek wymierający. King podkreśla, że jego osobistym celem nie jest jedynie nostalgia, ale utrzymanie thrash metalu w centrum uwagi współczesnych słuchaczy:
Nie chcę, żeby to umarło. Chcę, żebyśmy byli skupieni, chcę nas utrzymać w grze. Chcę dawać ludziom muzykę i wlać w tę scenę zastrzyk thrashu
Być może dlatego, że King dostrzega stagnację w świecie metalu, to sam stał się jednym z najaktywniejszych ambasadorów thrashu w ostatnich latach. Po zakończeniu działalności Slayera w 2019 roku nie przeszedł na emeryturę, tylko rzucił się w wir pracy. Na pytanie o ten najnowszy etap swojej kariery, odpowiedział:
Jestem podekscytowany, że wróciłem. Po to jestem na tym świecie i kocham to robić


