Przez ponad pół wieku Tony Visconti był jednym z najbliższych współpracowników Davida Bowiego. Producent odpowiadał za brzmienie wielu kluczowych płyt artysty – od „Space Oddity”, przez „Young Americans”, aż po legendarną berlińską trylogię: „Low”, „Heroes” i „Lodger”. Po ponad dwóch dekadach przerwy panowie ponownie połączyli siły przy albumie „Heathen” i to głównie o niej opowiedział w najnowszym wywiadzie Visconti.
We wspomnianej rozmowie Visconti opowiedział także kilka ciekawych historii o gościach, którzy pojawili się podczas pracy nad „Heathen”. Wśród nich znaleźli się m.in. Dave Grohl i Pete Townshend – dwie zupełnie różne gitarowe osobowości.
Lider Foo Fighters pojawił się na sesji Bowie’ego… zdalnie. Grohl nagrał swoją partię akustycznej gitary w Kalifornii i przesłał ją do Nowego Jorku. Nie to jednak okazało się zaskakujące.
Jak wspomina Tony Visconti, sprawa przybrała jednak nieco zaskakujący obrót:
Historia z Grohlem jest ciekawa. Zagrał partię gitary akustycznej zdalnie z Kalifornii i przysłał nam plik. Na perkusji sprawdziłby się jeszcze lepiej, ale do tego nie doszło. Później wysłał Davidowi fakturę na 10 000 dolarów. Jasne, był wtedy na absolutnym szczycie, ale to była dość absurdalna kwota. Nie wiem nawet, czy David ostatecznie mu tyle zapłacił
To jedna z tych anegdot, które pokazują, jak niezwykłe i czasem nieprzewidywalne bywały sesje Bowie’ego. Artysta lubił zapraszać muzyków z bardzo różnych światów – i nie zawsze kończyło się to w sposób, którego można było się spodziewać.
Zupełnie inaczej wyglądała historia z gitarzystą The Who. Pete Townshend pojawił się w studiu właściwie przypadkiem – wpadł odwiedzić Bowie’ego podczas nagrań w Looking Glass Studios, należącym do Philipa Glassa. Atmosfera szybko zrobiła się na tyle swobodna, że Bowie zaprosił go do nagrania partii gitary. Townshend oczywiście nie odmówił i nagrał to w swoim stylu…
Visconti wspomina:
Townshend wpadł do studia z wizytą, kiedy nagrywaliśmy w Looking Glass – studiu Philipa Glassa. Długo rozmawiali z Davidem i było widać między nimi koleżeńską chemię. David zapytał go, czy nie chciałby czegoś zagrać. Pete się zgodził, ale poprosiliśmy go, żeby zagrał trochę bardziej agresywnie. Wtedy zapytał: ‘Chcecie powiedzieć – te moje Townshendowe wiatrakowe akordy?’ Zagrał to perfekcyjnie w jednym podejściu. Po nagraniu dwa palce jego prawej ręki krwawiły.”
Fani The Who wiedzą, że to bardzo „townshendowski” obrazek – legendarny gitarzysta znany z charakterystycznego młynkowego ruchu ręki podczas grania akordów często grał te partie tak intensywnie, że kończyło się to krwawiącymi palcami, co uwieczniła na słynnym zdjęciu słynna fotografka Annie Leibovitz.
Warto dodać, że była to druga współpraca obu artystów – wcześniej Townshend zagrał u Bowiego w utworze „Because You’re Young” na albumie „Scary Monsters (and Super Creeps)” z 1980 roku.
Visconti podkreśla, że Bowie traktował gitarzystów jak różne „kolory” czy „smaki” w swojej muzyce. W różnych okresach zapraszał artystów o skrajnie odmiennych stylach – od Robert Fripp po Stevie Ray Vaughan czy Peter Frampton. Każdy z nich wnosił do jego muzyki coś innego, a Bowie świetnie wiedział, jak te elementy wykorzystać. Dlatego na jego płytach obok siebie mogli pojawiać się gitarzyści rockowi, jazzowi i eksperymentalni – a całość wciąż brzmiała jak Bowie.
A to, że czasem kończyło się to fakturą na 10 tysięcy dolarów, albo krwawiącymi palcami, to już zupełnie inna historia…
Tak brzmi Grohl u Bowiego:
A tak brzmi Townshend:


